Muzeum Miejskie Suchej Beskidzkiej - obiekt miesiąca
Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcejRozumiem

CIEKAWOSTKA MIESIĄCA - luty 2018

ZAPUSTY

    Legenda mówi, iż przed wiekami żył w Krakowie srogi burmistrz czy też wójt nazwiskiem Comber. Dygnitarz ów znęcał się szczególnie nad przekupkami i ogrodnikami, a to przetrzymując ich za najmniejsze przewinienie w swoim podręcznym loszku, a to po prostu targając za włosy, lżąc szkaradnie i ścigając grzywnami. Pan Comber nie cieszył się z tego powodu nadmierną miłością poddanych. Kiedy w końcu wyzionął ducha, miasto niemal klaskało w ręce. Tańczono, śpiewano, popijano. Ulice przekazywały sobie triumfalne „zdechł Comber!” Że zaś wszystkich ta dosadna wieść radowała, a śmierć burmistrza wypadła w czwartek, który poprzedzał środę Popielcową, odtąd co roku w ten dzień powtarzano uciechy, nazywając je właśnie combrem.
    Legenda jest może tylko jedną z tych jakże licznych opowiastek o straszliwych panach które zawsze komentowały lud: zawsze w nich bowiem przychodziła kryska na jakiegoś okrutnego Matyska. Ale comber w „tłusty czwartek”, zwłaszcza na rynku krakowskim, wyprawiano od dawna. Kwiaciarki tudzież inne królowe straganów weselały. Wybierały spośród siebie marszałkinię (o pierwszej mówią zapiski z roku 1600), dzieliły się na „roty”, spraszały muzykantów i od białego ranka, rozgrzane okowitą, unosiły spódnice w pląsach, wciągając innych do swego koła hasającego po całym rynku. Czerwone, rozswawolone, tarmosiły — czy raczej combrzyły — przechodniów za włosy albo zatrzymywały karety, by wycałowawszy właścicieli postawić ich przed dylematem: okup lub tan pospołu z plebejuszkami. W południe znów, gdy tylko spłynął hejnał z wieży mariackiej, rozszarpywały wśród radosnych wrzasków słomianego bałwana. Przywlekano go na sznurze aż z przedmieścia Piaski, gdzie niegdyś miał zamieszkiwać burmistrz, i oczywiście nazywano combrem, upamiętniając również w ten sposób dawnego prześladowcę. Los despotów, los okrutników na tronach i innych ważnych fotelach...
Przekupki nie dawały także spokoju paradującym po ulicach kawalerom. Wyławiały ich z tłumu, stroiły w wianuszki z grochowiny i przywiązywały do kloca, by biedni chłopcy ciągnęli go za karę, jako że w karnawale śmieli wzgardzić żeniaczką. Wszystko to, a osobliwie może owo bądź co bądź zło-wieszcze i pokpiwające 1 władzy znęcanie się nad kukłą przy nieustannym pokrzykiwaniu „comber! comber!”, nie podobało się policji austriackiej, która zakazała tych obchodów w roku 1846. „Tłusty czwartek” ustatecznił się i — zgodnie zresztą z bardziej powszechnym obyczajem naszych pradziadków — zadowalał odtąd różnymi pączkami, faworkami i pampuchami, co też i my dzisiaj naŚladujemy, nie unikając ich wzmożonej, lecz jakby przesadnie ugrzecznionej czy zbyt na poważnie odbywanej konsumpcji. Nie oznaczało to jednak iż rozprawiwszy się z combrem policjanci zdołali kiedyś wyciszyć inne, równi wesołe praktyki. Przeciwnie, nie tylko w Krakowie, ale wszędzie, czas po tamtym czwartku wyraźnie przyśpieszał biegu, folgował psotom i niby dziwny wulkan wnet wybuchał gorącym, kolorowym strumieniem zabawy. Nastawały przecież ostatki. Nastawały ostatnie trzy dni przedpopielcowe, dni — jak je też nazywało się — szalone, kuse (od kusego, czyli diabła) albo nawet bachusie.

Z przychodu naszego, wstępujemy do domostwa waszego.
Od mantuańskiego książęcia,
od księcia Zapusta.
A pyta: jest-li u was kura tłusta,
kawałeczek kiełbasy albo szklanka miodu,
bo mu się brzuszek pokrzywił od głodu?

 
Tak zapowiadali parobcy z latarniami przybysza z dalekich krain, kiedy już zaczął peregrynować od chałupy do chałupy. A potem witano przebierańca w kożuchu wywróconym kudłami na wierzch, które to dziwo, mając jeszcze papierową czapę przybraną smreczyną i wstążeczkami oraz wymachując nie całkiem z pańska wyglądającym toporkiem, oświadczało:

Ja jestem Zapust mantuańskie książę,
idę z dalekiego kraju,
gdzie psy ogonami szczekają,
ludzie gadają łokciami,
a jedzą uszami.
Słońce o zachodzie wschodzi, a o wschodzie zachodzi,
a kurczę kokosze rodzi,
każdy na opak gada,
a deszcz z ziemi do nieba pada!

 
Książę zjawiał się ze świtą. Składała się ona z paru obdartusów, z których jeden musiał wzbudzać szczególne zainteresowanie: osobnik o oślim łbie i z dzwoneczkiem na karku, a przy tym gramolący się na dwu kulach. Kto zacz? I książę informował:

Uczony osioł, co mieszka w stodole,
jest profesorem, uczy dzieci w szkole.
Jako zadzwoni, żeby wnet skakały,
a półkwaterkiem gorzałkę pijały.

 
Oślogłowy profesor na szczęście nie zamierzał teraz uczyć dziatwy swojej przedmiotu. Natomiast przymilał się do gospodarzy, by dostać jajek, krup czy szperki:

Przechodziliśma wedle chlewika,
aż tu nas maciora z płaczem napotyka
i narzeka przed nami ona biedna świnia,
żeŚcie jej zabili syna.
 
JeŚli się chcecie zaprzeć, to są dobre znaki,
bo ono na korycie jeszcze szczeć i kłaki.
Weżcie-no pani matko noża ostrego,
napocznijcie tego nieboszczyka pstrego.
 
A ostrożnie wedle ręki,
abyście sobie nie zadali męki.
Od boku do boku,
żeby nam też przybyło w tłomoku...
 

    O, prześmiewna wyobraźnio siermiężna! Gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Mantua! Ale i tutaj, spod strzech, tak jak z krakowskich kocich łbów (jeśli rajce zdobyli się na ten nieczęsty dawniej przepych urbanistyczny), wzbijała się z szyderczym świstem ludowa honorność, a zarazem ludowa nienawiść do możnych tego świata i wysługujących się im mędrków, zawile, nieprawdopodobnie wręcz przypożyczona trochę z dalekiego, italskiego kraju. Wesoły kraj! Wszystkie właściwie zapustowe igraszki miały u nas jakby coś z jego Słonecznego uśmiechu, nawet jeśli nie występował już w nich książę z papierową mitrą, lecz jacyś inni, mniej może wymowni, choć zawsze pocieszni przebierańcy.
    Zapust mógł się obywać bez mitry. Korzystał z najrozmaitszych wcieleń i zmieniał często swą kompanię. W najdawniejszych czasach cenił towarzystwo żaków, którzy — tak jak później ów profesor, ich niewątpliwy spadkobierca — napraszali się o wszelkie dobra ze spiżarń i piwniczek. Chłopcy nie byli ponurakami. Sylwa radomszczańska, zbiór śpiewek zapisanych w latach 1699—1703 (acz powstałych o wiele wcześniej), dowodzi, iż wydzierając gardła umieli i śmieszyć, i dramatyzować:

Mięsopusty przyszły,
Zacne dni nadeszły.
Wszyscy używają.
A o nas nie dbają.
Ach, nędza!
 
Nędze zewsząd dosyć Nie możemy znosić.
Nie mamy skąd co wziąć,        
Musiem się rozbiegnąć
Ze szkoły.
Kuchnia zachorzała,
Na wodzie zgorzała,
Kumin się obalił,
Kucharkę przywalił,
Ach, nędza!
 
Nie pomoże doktór
Ani pieniędzy wór,
Ani wilcza szuba,
Tylko ty, pódź, Kuba,
Do wójta.

 
Mięsopusty miną,
Potrawy nam zginą.
Żuru nam się nie chce
Bo mięso smaczniejsze,
Dajcież go!...
 

Czasami Zapust przychodził jako wysmoluchany gałganiarz, mając obok cudaczną babuleńkę, a kiedy indziej — jak w Lubelskiem — stawał się dość swojsko wystrojonym Bachusem, którego towarzysze, opasani powrósłami i z maskami na gębach, wozili na beczce. Lubił mieć ze sobą maszkary w kształcie kozy, bociana czy niedźwiadka, to radując* to strasząc nimi, żeby widzowie tym hojniej potem napełniali mu torby, worki i kwaterki. W Wielkopolsce podtykał nawet wygodny, wcale okazały rożen, na który trzeba było nadziewaj stosowne połcie i pęta, a na Podlasiu twardo żądał tzw. włóczebnego, grożąc skąpcom nieurodzajami. Miałżeby tam włóczyć się (bo o tym wszak owo nieodzowne włóczebne przypominało) o suchym pysku i po wszystkich dokazywankach odchodzić z niczym?
Dosyć tajemniczo przedstawiają się do dziś badaczom karnawałowe zabawy, które jeszcze w ubiegłym wieku urządzała sobie brać góralska. Zabawy te nazywano bursą. Podobno były one jeszcze jedną pamiątką po Janosiku, co jednak jest wątpliwe, choć słynny harnaś - właśnie bursą nazywał swój oddziałek, same zaś zabawy bursiane polegały w znacznym stopniu na czynnościach poniekąd zbójeckich, bo wymagających od uczestników smoły w rękach, to znaczy umiejętności złodziejskich. Tak! Niby wyglądało wszystko niewinnie, gdy jeszcze w adwencie po osiedlach chodził dziaduś w przyodziewku z jakiejś żytniej ociepki i, prosząc o wsparcie, bredził, jakby mu fura siana Wjechała do głowy?

W jimie ojca, kijem ojca,
matkę laskom, sina trzaskom.
Ojce nas poseł w las,
z pustego lasu do Bieniasu,
z Bieniasu do wdowy, pasałek tam trzy krowy,
nie dali mi tam nic, jeno łopatom w rzić...

 
Opowieść jednak nie kończyła się na tym dictum plebeium, które zresztą przed wiekami krasiło język wielu znakomitości. Dziaduś plótł dalej, plótł coraz śmieszniej, jako że im bardziej zajął słuchaczy swoją historią, tym łatwiej było jego kompanom plądrować cudze komory, stajnie czy kurniki. Kradli bursianie przebrani za Cyganów. A potem, nazbierawszy zboża, warzyli piwo i rozwozi je darmo po chałupach. Chlupało w putniach i szumiało pod kapelusikami. W Zapusty zaś odbywała się właściwa bursa. Ruszał przez wieś pochód z muzyką i tańcami, na którego czele szedł „wójt” w papierowej czapie. Ruszali także do akcji owi Cyganie wydoskonaleni w przeszukiwaniu nieswoich kątów czy nawet kieszeni, bacząc, by nie przyłapano ich na gorącym uczynku. Wtedy bowiem można było oberwać od górali, zwłaszcza że rzecz rozgrywała się w okolicach Czarnego Dunajca, a ponadto złapany na kradzieży stawał przed swoim bursianym sądem. Rozciągano go na stole i „wójt” sprawiał mu basa rundę po dość dziwnej ceremonii sędziowskiej, bo po trzykrotnym odtańczeniu hajduka. „Wójt” dawał też znak Cygance, by niezgule wymierzyła dodatkową karę, uderzając go tak w „rzić” garnkiem z ogniem, żeby poczuł, a inni głośno orzekli, że „wiwat! skońcone prawo!”. Igraszki kończyła zabawa wieczorna przygotowana ze zdobytych łupów, podczas której „pan leśnicki”, występując w papierowym fraku, rozdzielał drzewo z księżego lasu...
Zapustnym dziwotworom, gdziekolwiek przyszli, należało dać to lub tamto, chcąc ich znowu ujrzeć kiedyś u siebie. Dawano wszędzie, jak Polska długa i szeroka. Więc jeszcze na zakończenie wszystkich występów musiał być zawsze ich śpiew na podziękę. Dzwonki, dudlenie skrzypek, brzękadła. I już widzimy, jak odchodzą, już został po nich tylko śnieg, zygzaki zasypywanych śladów, leciutki zapach unoszonych kiełbas, a często pusta, rzucona gdzieś pod płot flacha.

Źródło: Józef Szczypka, Kalendarz polski, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1984

Elektroniczny Rejestr Kapliczek

FACEBOOK